Melduję, że żyję, operacja się udała, kilka dni temu wyszłam ze szpitala. Trochę wymęczona, ale cieszę się, że żyję. Pani doktor wycięła raczysko, niestety trzeba było usunąć wszystkie węzły spod pachy, mus to mus. Guz zmniejszył się znacznie, warto było się pomęczyć z chemią i jej skutkami ubocznymi. Teraz rehabilitacja ręki - (ała) i czekanie na wynik histopatologiczny. Wtedy zapadną decyzje co do dalszego leczenia. W planach naświetlania i hormonoterapia. Ano, zobaczymy, teraz cieszę się z kilku tygodni bez wizyt w szpitalu (poza chodzeniem na ściąganie chłonki). Mogę zacząć oczyszczać organizm z odpadów po chemii, wraca smak, trochę zmniejszyła się wrażliwość na zapachy, inne dolegliwości też jakby mniej dokuczliwe. Trochę boli ręka, pacha i rana w piersi, ale wiadomo, pocięte, pozszywane, nie ma jeszcze alternatywnej drogi dla chłonki, to i będzie boleć. Nie ma co narzekać, dolegliwości po kursach były gorsze. Opieka na oddziale rewelacyjna, cały personel bardzo miły, przejęty każdą pacjentką. Dostęp do psychologa, rehabilitanta, wolontariuszka z klubu Amazonek. Po różnych moich doświadczeniach szpitalnych, trudno było mi uwierzyć, że istnieją miejsca tak przyjazne ludziom. Święta spędziłam w szpitalu, a czułam się jak w pensjonacie.
Kochani, wszystkim zaglądającym na bloga, kibicującym mojej walce z raczyskiem dużo zdrowia w nadchodzącym roku i miłości bliskich. Dziękuję Wam za modlitwy i słowa otuchy jakie od Was otrzymałam, dzięki nim udało mi się przejść przez te ostatnie kilka miesięcy. Mam nadzieję, że będziecie nadal trzymać za mnie kciuki. Jeszcze trochę trudu przede mną.
sobota, 31 grudnia 2011
wtorek, 22 listopada 2011
Powtórka z rozrywki i trochę nadziei.
Chciałabym bardzo, bardzo podziękować Wszystkim, którzy trzymają za mnie kciuki, również za wszelkiego rodzaju "kopy", które dodały mi sił. Pomogły, bardzo.
Jestem tydzień po piątym kursie. Wróciły dolegliwości wszelakie, koszmary senne, ból i inne "przyjemności". Chwilami jest ciężko, ale trzymam się wersji optymistycznej, czyli tego, że przede mną ostatni kurs i jeszcze tylko raz taki ból. Mam już umówiony termin operacji - 20 grudnia, święta najprawdopodobniej spędzę w szpitalu, chyba, że guz nie dał przerzutów do węzłów chłonnych i usuną tylko wartownika, wtedy mam szansę na wyjście w Wigilię. Tak czy inaczej, niech już będzie po. Potem trzy tygodnie czekania na wyniki histopatologiczne i okaże się czy trzeba wyciąć resztę węzłów, i czy będzie dodatkowa chemia. Jeżeli nie, to po nowym roku czekają mnie jeszcze naświetlania. Ależ się ta zaraza mocno trzyma - wrrr.
Dzięki Waszym "kopniakom" udało mi się zebrać w sobie i wrócić choć na chwilę do filcowania. Zrobiłam trzy kołnierze, niestety sił na zrobienie zapięć zabrakło, ale może za tydzień jak miną te paskudne dolegliwości uda się to nadrobić. Byle do przyszłego tygodnia. Na pohybel raczysku !!!
Jestem tydzień po piątym kursie. Wróciły dolegliwości wszelakie, koszmary senne, ból i inne "przyjemności". Chwilami jest ciężko, ale trzymam się wersji optymistycznej, czyli tego, że przede mną ostatni kurs i jeszcze tylko raz taki ból. Mam już umówiony termin operacji - 20 grudnia, święta najprawdopodobniej spędzę w szpitalu, chyba, że guz nie dał przerzutów do węzłów chłonnych i usuną tylko wartownika, wtedy mam szansę na wyjście w Wigilię. Tak czy inaczej, niech już będzie po. Potem trzy tygodnie czekania na wyniki histopatologiczne i okaże się czy trzeba wyciąć resztę węzłów, i czy będzie dodatkowa chemia. Jeżeli nie, to po nowym roku czekają mnie jeszcze naświetlania. Ależ się ta zaraza mocno trzyma - wrrr.
Dzięki Waszym "kopniakom" udało mi się zebrać w sobie i wrócić choć na chwilę do filcowania. Zrobiłam trzy kołnierze, niestety sił na zrobienie zapięć zabrakło, ale może za tydzień jak miną te paskudne dolegliwości uda się to nadrobić. Byle do przyszłego tygodnia. Na pohybel raczysku !!!
środa, 2 listopada 2011
Zaprę się wszystkimi kończynami i nie dam się.
Minął tydzień od kolejnego kursu. Znowu efekty uboczne dają tak popalić, że popadam w zwątpienie. Chociaż jeden dzień, żeby nic nie bolało, poproszę. Żeby wstać po przespanej nocy i stwierdzić że nic nie boli, że sny były kolorowe i miłe i funkcjonować do wieczora na normalnych obrotach. To takie moje małe życzenie.
Dobre jest to, że guz się zmniejsza, ubyło go z 30% może więcej, trudno określić, bo usg było stare, a lekarki obsługujące aparaturę nie miały wprawy w badaniu piersi, na dodatek dużych, więc wyszłyśmy z moją współtowarzyszką szpitalną z gabinetu trochę niezadowolone. No cóż, grunt, że się zmniejsza, a jakiej jest dokładnie wielkości i tak okaże się w trakcie operacji.
Potrzebuję kopa żeby się zmotywować do dalszej walki, takiego żeby zabolało. Chociaż nie, nie kopa, bo tamta część ciała boli mocno i bez tego, to może deską przez plecy, te jeszcze nie bolały.
Dobre jest to, że guz się zmniejsza, ubyło go z 30% może więcej, trudno określić, bo usg było stare, a lekarki obsługujące aparaturę nie miały wprawy w badaniu piersi, na dodatek dużych, więc wyszłyśmy z moją współtowarzyszką szpitalną z gabinetu trochę niezadowolone. No cóż, grunt, że się zmniejsza, a jakiej jest dokładnie wielkości i tak okaże się w trakcie operacji.
Potrzebuję kopa żeby się zmotywować do dalszej walki, takiego żeby zabolało. Chociaż nie, nie kopa, bo tamta część ciała boli mocno i bez tego, to może deską przez plecy, te jeszcze nie bolały.
niedziela, 9 października 2011
Powolutku do przodu.
Już trzeci kurs chemii za mną. Znowu mało przyjemne dolegliwości, ale mam nadzieję, że za kilka dni będzie lepiej. Zaczynam odczuwać "zmęczenie materiału". Łatwo się męczę, brak słońca nie wpływa dobrze na humor, samo życie. Żeby nie było tylko marudząco - guz się zmniejszył, przed kolejnym kursem zrobią mi badania żeby dokładnie sprawdzić o ile. Byle dotrwać do końca chemii - sił, sił dużo potrzebuję. No i żył zdrowych na wkłucia - ma ktoś trochę na zbyciu? ;)
niedziela, 18 września 2011
Jestem
Melduję, że wróciłam. Chemia tym razem odbyła się planowo, bez niespodzianek. Do domu dostałam mnóstwo leków na dolegliwości uboczne. Ponieważ wyniki przed drugim kursem były kiepskie, muszę wybrać więcej zastrzyków na odbudowę krwi, na szczęście jutro czeka mnie już ostatni. Efekty uboczne w postaci zaburzenia smaku i zapachu jakby mniejsze, jelita pracują w miarę normalnie, mdłości da się znieść. Jedynie sny mam nadal paskudne, poprzednio przez tydzień męczyły mnie błotnisto - ziemiste koszmary łącznie z uczuciem połykania brudnej gleby, tym razem prześladuje mnie widok zepsutego mięsa. Pojawia się w każdym śnie i ciągle muszę go zbierać w worki i wyrzucać. Coś niesamowitego, jak środki chemiczne mogą oddziaływać na mózg. Mam nadzieję, że koszmary skończą się jak poprzednim razem, jeszcze kilka dni i powinno być dobrze. Zmieniła się koncepcja lekarzy dotycząca chemii, liczba kursów wzrosła z czterech do sześciu, nie uśmiecha mi się to, ale faktycznie lepiej wybrać ich przed zabiegiem więcej, a w przypadku dobrych wyników pooperacyjnych już do niej nie wracać, tylko naświetlać. Nie ja jedna jestem w takiej sytuacji, damy razem radę. Następny termin wlewu wypada w imieniny moje i mojej szpitalnej współtowarzyszki, zamierzamy zrobić imprezę na cały oddział z sokiem z buraka w roli drinków.
Dosyć smęcenia. Teraz o czymś przyjemniejszym. Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim za modlitwy i trzymanie kciuków. W ostatnim czasie dostałam kilka paczuszek, od Asi i Wojtka smaczne dżemy i soki - ostatni trzymam w zanadrzu na kolejny kurs, są przepyszne, do tego niesamowicie wesołą kartkę z żabką - nie mogę się na nią napatrzeć. Od Rozelli śliczne chusteczki, materiały i maciupkiego misia, który towarzyszył mi w szpitalu. Od Megi i Mariana książki i prześliczny, specjalnie dla mnie namalowany obrazek anioła. A od Joli bardzo śmierdzące i bardzo dobre sery, których mogłam jedynie troszkę skubnąć, Mąż miał za to używanie. Michasia przywiozła dla mnie śliczny czeski kubeczek z oryginalnym Krecikiem - pamięta jeszcze ktoś tę bajkę? W nim nawet lurowata szpitalna herbata smakowała jakoś lepiej. Bardzo, bardzo wszystkim dziękuję za tyle serca i pięknych darów. Jak tylko oczy wrócą do normalnego działania (trochę się paskudy przesuszyły i dokuczają) zrobię zdjęcia tych wszystkich śliczności.
Okazuje się, że moje krótkie nieobecności w domu spowodowały u Aty nagły przypływ miłości do pańci. Do tej pory nie była tak przymilastym psem, od kilku dni prawie włazi mi na kolana przy każdej okazji i podsuwa do głaskania - normalnie pluszak a nie pies. Po każdym spacerze z panem, wbiega prosto do pokoju sprawdzić czy na pewno jestem, dopiero po porcji pieszczot wraca na odpięcie szelek.
Dosyć smęcenia. Teraz o czymś przyjemniejszym. Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim za modlitwy i trzymanie kciuków. W ostatnim czasie dostałam kilka paczuszek, od Asi i Wojtka smaczne dżemy i soki - ostatni trzymam w zanadrzu na kolejny kurs, są przepyszne, do tego niesamowicie wesołą kartkę z żabką - nie mogę się na nią napatrzeć. Od Rozelli śliczne chusteczki, materiały i maciupkiego misia, który towarzyszył mi w szpitalu. Od Megi i Mariana książki i prześliczny, specjalnie dla mnie namalowany obrazek anioła. A od Joli bardzo śmierdzące i bardzo dobre sery, których mogłam jedynie troszkę skubnąć, Mąż miał za to używanie. Michasia przywiozła dla mnie śliczny czeski kubeczek z oryginalnym Krecikiem - pamięta jeszcze ktoś tę bajkę? W nim nawet lurowata szpitalna herbata smakowała jakoś lepiej. Bardzo, bardzo wszystkim dziękuję za tyle serca i pięknych darów. Jak tylko oczy wrócą do normalnego działania (trochę się paskudy przesuszyły i dokuczają) zrobię zdjęcia tych wszystkich śliczności.
Okazuje się, że moje krótkie nieobecności w domu spowodowały u Aty nagły przypływ miłości do pańci. Do tej pory nie była tak przymilastym psem, od kilku dni prawie włazi mi na kolana przy każdej okazji i podsuwa do głaskania - normalnie pluszak a nie pies. Po każdym spacerze z panem, wbiega prosto do pokoju sprawdzić czy na pewno jestem, dopiero po porcji pieszczot wraca na odpięcie szelek.
wtorek, 6 września 2011
Obijam się
Jak w tytule, obijam się ile wlezie. Od kilku dni funkcjonuję normalnie i zamiast robić coś konkretnego leniuchuję na całego. Zaraz po wyjściu ze szpitala myślałam, że efekty uboczne będą mi darowane. Srodze się rozczarowałam. Po kilku dniach miałam okazję "zaliczyć" całą ich paletę. Okazuje się, że jestem z tych, którym idzie w kierunku jelit - takich sensacji nie miałam nigdy i więcej mieć nie chcę. Była i zgaga gigant i uporczywa czkawka po każdym piciu, wszelkie dolegliwości jelitowe, koszmar. Ale grunt, że minęło i ten tydzień jest już spokojny. Zaczynam łysieć, włosy wyłażą sporymi pasmami (te w dolnych partiach ciała wylazły już prawie zupełnie, ale o tym ciiiii). Pewnie w przyszłym tygodniu po powrocie ze szpitala trzeba będzie odwiedzić fryzjera i ogolić łepetynę, bo leżące wszędzie kłęby włosów ani przyjemnie, ani ładnie nie wyglądają. Sztuczny skalp już czeka, chociaż chyba wolę chusteczki i tych zamierzam sobie sprawić ile dusza zapragnie, a co :)
Udało mi się zdobyć wiejską kurę, ugotowałam dużo rosołu, podzieliłam i zamroziłam, będzie w sam raz jak wrócę po kolejnej dawce świństwa. Nie mam siły szyć, zamówiłam jedynie trochę swetrowych dzianin, jakoś łatwiej teraz marznę i zachciało się cieplejszych ubrań, mimo że za oknem jeszcze sporo słońca.
Troszkę zaniedbałam nasze prosięta, nie brałam ich na ręce ze strachu żeby się nie potruli, bo mają zwyczaj lizania mnie po dłoniach, a przez ostatni czas wydzielałam z siebie takie masy świństwa, że hej. No i chłopaki - bobaki troszkę obrażeni, bo mało głaskani. Pies też troszkę mniej przytulany, za to przyzwyczaiła się do nas psica na tyle, że dziś przywiązana przez mojego Męża pod sklepem przegryzła linkę i pobiegła nas szukać. A mówiłam, żeby jej samej nie zostawiać, mówiłam. Na szczęście bardzo szybko ją znalazłam, przybiegła na wołanie szalonym galopem, szybko wróciła do domu i od razu ulokowała się na swoim posłaniu obdarzając nas spojrzeniem, które prawie mówiło - nie zamierzam się stąd nigdzie ruszać przez długi czas. Linka niestety do wyrzucenia, Mąż już wie że nie da się zostawić psa przed sklepem nawet na pięć minut.
W poniedziałek kolejna chemia, troszkę się denerwuję, bo nadal nie ma wyników receptorów, mam nadzieję, że do końca tygodnia nadejdą. A po powrocie koniecznie musimy pojechać do lasu na grzyby. Niekoniecznie je zbierać, wystarczy mi samo oglądanie, zwłaszcza takich ładnych jak ten.
Zamelduję się po powrocie ze szpitala, mam nadzieję, że wszytko przebiegnie według planu - ciśnienie trzyma się na dobrym poziomie, wyniki powinny być dobre, nie zamierzam leżeć dłużej niż to konieczne.
Bardzo wszystkim dziękuję za trzymanie kciuków i słowa otuchy, jak dobrze mieć Takich Dobrych Ludzi wokół siebie.
Udało mi się zdobyć wiejską kurę, ugotowałam dużo rosołu, podzieliłam i zamroziłam, będzie w sam raz jak wrócę po kolejnej dawce świństwa. Nie mam siły szyć, zamówiłam jedynie trochę swetrowych dzianin, jakoś łatwiej teraz marznę i zachciało się cieplejszych ubrań, mimo że za oknem jeszcze sporo słońca.
Troszkę zaniedbałam nasze prosięta, nie brałam ich na ręce ze strachu żeby się nie potruli, bo mają zwyczaj lizania mnie po dłoniach, a przez ostatni czas wydzielałam z siebie takie masy świństwa, że hej. No i chłopaki - bobaki troszkę obrażeni, bo mało głaskani. Pies też troszkę mniej przytulany, za to przyzwyczaiła się do nas psica na tyle, że dziś przywiązana przez mojego Męża pod sklepem przegryzła linkę i pobiegła nas szukać. A mówiłam, żeby jej samej nie zostawiać, mówiłam. Na szczęście bardzo szybko ją znalazłam, przybiegła na wołanie szalonym galopem, szybko wróciła do domu i od razu ulokowała się na swoim posłaniu obdarzając nas spojrzeniem, które prawie mówiło - nie zamierzam się stąd nigdzie ruszać przez długi czas. Linka niestety do wyrzucenia, Mąż już wie że nie da się zostawić psa przed sklepem nawet na pięć minut.
W poniedziałek kolejna chemia, troszkę się denerwuję, bo nadal nie ma wyników receptorów, mam nadzieję, że do końca tygodnia nadejdą. A po powrocie koniecznie musimy pojechać do lasu na grzyby. Niekoniecznie je zbierać, wystarczy mi samo oglądanie, zwłaszcza takich ładnych jak ten.
Zamelduję się po powrocie ze szpitala, mam nadzieję, że wszytko przebiegnie według planu - ciśnienie trzyma się na dobrym poziomie, wyniki powinny być dobre, nie zamierzam leżeć dłużej niż to konieczne.
Bardzo wszystkim dziękuję za trzymanie kciuków i słowa otuchy, jak dobrze mieć Takich Dobrych Ludzi wokół siebie.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Wróciłam
Kochane, bardzo dziękuję za wszystkie słowa otuchy, przydały się. Trochę mi się pobyt w szpitalu przedłużył. Okazało się, że ciśnienie mam kosmicznie wysokie, kilka dni zajęło jego obniżanie, bo chemia, którą miałam zaplanowaną dosyć mocno działa na serce i podnosi ciśnienie. Koniec końców dzięki lekom a przede wszystkim mocnemu wsparciu całej rzeszy znajomych - bardzo, bardzo dziękuję kochani, udało się doprowadzić mnie do stanu zdatnego do przyjęcia "kolorowych drinków". Wczoraj dostałam trójskładnikową chemię z przewagą czerwonego koloru. Mdłości niewielkie, dzięki mocnym środkom przeciwwymiotnym, za to trochę szumu w głowie i mocno wyostrzone powonienie. Przeszkadzają mi wszelkie proszki do prania, płyny do czyszczenia, czuję pot innych osób, plus parę innych zapachów. Do tego lekka zgaga i suchość w przełyku. Nie ma co narzekać, mogło być gorzej. Od jutra zastrzyki na odbudowę płytek krwi, podobno efekty uboczne jak przy porządnej grypie - ból w kościach, ale nie ma co się martwić na zapas, co będzie, to będzie. Za trzy tygodnie powtórka z "kolorowych drinków".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
